My Grand Tour. Wspomnienie na marginesie

Umieszczenie poniższego porównania w poprzednim poście byłoby nie fair. Dlatego zdecydowałam napisać osobny tekst, żeby na marginesie recenzji książki “Nie każdy Brazylijczyk tańczy sambę” pokazać Wam przykład na to jak można fajnie pisać będą młodym, podróżując samotnie i kusząc los.

Czytając książkę Tonego Kososkiego nie mogłam oprzeć się skojarzeniom z blogiem Kuby Fedorowicza. Kuba wyruszył w podroż po Ameryce Centralnej i Południowej zaraz po obronie licencjatu. Miał jechać z kolegą, jednak ten w ostatniej chwili zrezygnował. Kuba zmienił więc pierwotny plan poszukiwania jachtostopu przez Atlantyk i poleciał samolotem do Nowego Jorku, a następnie do Meksyku. Stamtąd podróżował na południe, wyłącznie autostopem, również samotnie. Po drodze zrobił sobie małą przerwę w Argentynie, gdzie pracował w hostelu, żeby zarobić na dalszą podróż. Dojechał aż do Ushuaia, gdzie postanowił sprawdzić swoje szczęście i dotarł aż do Antarktydy na pokładzie statku, którego kapitan znał bloga Kuby i sam, wiedząc, że Kuba czeka na okazję, zaproponował mu pracę na pokładzie.

Wszystko to opisywał. Obszernie, wyczerpująco, z wielką pasją. W każdym wpisie było widać jego wielkie zaangażowanie i radość, jaką sprawia mu podróż. To nie były czcze przechwałki, to był prawdziwy dziennik podróży, zapis szczerych zachwytów i ulotnych chwil. Czasem robił sobie po prostu jaja, jak wtedy, gdy postanowił przejść Salar de Uyuni na piechotę…

Pół Salaru de Uyuni – z półbuta, pół-żartem i pół-serio from bezsensu.studio on Vimeo.

Kuba wyruszył kilka miesięcy przed nami. Czytałam jego obszerne wpisy z wypiekami na twarzy. W 2010 roku wyjechaliśmy w podróż, w której kilka decyzji podjęliśmy dlatego, że on opisał jakąś trasę, czy miejsce tak sugestywnie, że uznaliśmy za właściwe pójść jego śladami (na przykład wspięliśmy się na wulkan Baru w Panamie, o czym możecie przeczytać klikając: TU). Śledziliśmy jego losy będąc już w podróży i choć był zwyczajnym i nieznajomym chłopakiem, miła była świadomość, że znajdujemy się na tym samym kontynencie, tak daleko od naszych domów.

Historia Kuby Fedorowicza jest niezwykła. Jego życie stało się dowodem na to, że nie wolno z niczym zwlekać i niczego odkładać na później. Kuba wrócił do Polski. Kilka miesięcy po tym jak samotnie łapał stopa, spał na poboczach dróg i jadł posiłki z obcymi ludźmi na końcu świata, zginął tragicznie w Gdańsku!

Dowiedziałam się o tym dlatego, że na blogu zapadła cisza. Tak długa, że aż niepokojąca. Ktoś, w komentarzach, poinformował czytelników o tym, co się stało.

Rodzina Kuby wiedząc o jego dalekosiężnych planach postanowiła wydać jego blog w formie książki, nie ingerując w treść.

I nie napiszę już nic więcej, bo choć Kubę znałam tylko z ekranu komputera, to samo wspomnienie tego uczucia ogromnej straty sprawia, że wszystko, co chciałabym napisać wydaje się błahe, głupie i naciągane.

Kliknijcie tu, żeby przenieść się na bloga Kuby Fedorowicza, zatytułowanego: My Grand Tour.

Tu znajduje się link do artykułu o książce.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s