Tropikalny spleen

Od razu, na początku disclaimer: ten post przesączony jest prywatą i emocjonalnymi bebechami. Czytacie na własną odpowiedzialność, żeby potem nie było, że nie ostrzegałam.

Następnego dnia po przyjeździe do Dominikany Facebook przypomniał mi stare zdjęcie. Widać na nim jak ja, Mazur i Bert płyniemy łódką na nasze pierwsze nurkowanie. Na łódce z nami jeszcze Jaro, którego nie widać, bo robi zdjęcie (jak to Jaro). Bije od nas radość, podniecenie zbliżającą się przygodą. Zdjęcie było zrobione zanim wyruszyliśmy w podróż życia, kiedy spontanicznie wpadliśmy na miesiąc do Dominikany (o czym możecie poczytać tu: KLIK KLIK).

fb reminder

Pięć lat później znaleźliśmy się dokładnie w tym samym miejscu na świecie. Przyjechaliśmy do Bavaro z dwójką naszych dzieci: trzyipółletnią Janką i dziewięciomiesięcznym Kosmą. Od momentu, gdy zobaczyłam to zdjęcie nie mogę pozbyć się z głowy myśli-pytania jak wiele zmieniło się przez te pięć lat? Jak wiele zmieniło w naszym życiu pojawienie się dzieci? Jak bardzo wszystko jest z nimi inne? Oczywiście można się żachnąć, że to truizmy i banalne pytania, ale jestem pewna, że każdy kto ma dzieci przeszedł przez taki etap i zrozumie o co mi chodzi.

Dopadł mnie tropikalny spleen, bo wysiadając z samolotu na lotnisku w Punta Cana, biorąc wdech gorącego wilgotnego powietrza po raz pierwszy w życiu nie czułam w brzuchu motyli podniecenia. Jakbym zramolała na tyle, że daleki wyjazd do innej strefy klimatycznej nie daje mi radości. A może to właśnie obecność dzieci sprawia, że nie skupiamy się na potencjalnej przygodzie (bo w sumie wiadomo, że nie rzucimy się zaraz z mostu na bungee, ani nie zanurkujemy w głębi oceanu) tylko raczej pilnujemy, żeby oszalała klimatyzacja na lotnisku nie przewiała Kosmy, i żeby Janka nie zgubiła się w lotniskowym tłumie, gdy wypuszczona po dziesięciu godzinach z samolotu rzuciła się w dziki bieg między barierkami?

Czy ta dziwna pustka, którą czuję to lęk, że to podróżne podniecenie i radosne oczekiwanie nieznanego już nie wrócą? A może jest to po prostu najzwyklejsze w świecie zmęczenie? Takie zwyczajne zmęczenie, które na jakimś etapie odczuwa każdy rodzic niezależnie od liczby dzieci i okoliczności przyrody? A może jet lag?  Prawda jest pewnie jak zwykle gdzieś po środku i jedyne, co nam ją pokaże, to czas.

Dochodzę więc powoli do wniosku, że chyba nie ma co dzielić włosa na czworo i zanurzać się w niepotrzebnych nikomu egzystencjalnych rozważaniach. Dlatego, że niezależnie od przyczyny tego tajemniczego spleenu, radą na niego jest zmiana myślenia. Lepiej skupić się na tym, żeby poukładać sobie tu, na naszym tarasie nasze tropikalne życie i cieszyć się ciepłem, słońcem, wiatrem i zapierającym dech w piersi widokiem. I tym, że cały czas słychać szum morza i palm. I tym, że żeby dzieci wyszły na dwór wystarczy otworzyć drzwi, bo gdy wysiedliśmy na tym cudnym rozgrzanym lotnisku zniknęła konieczność zakładania kombinezonów, czapek, szalików i ciepłych butów oraz noszenia/prowadzenia tych dziecięcych zamotańców na wysokie trzecie piętro.

Pytanie tylko, czy będziecie chcieli o tym czytać? Czas pokaże.

tropical spleen

Reklamy

2 myśli na temat “Tropikalny spleen

  1. Ej, ale na tym zdjęciu masz rasowo matczyną minę ;) to była piąta nad ranem i dzieci odmówiły dalszego snu, I guess? ;) Z dziećmi to jest trochę tak, że niezależnie od tego, czy jedziesz do Władysławowa czy Władywostoku to podróż kosztuje dokładnie tyle samo energii, nerwów i czego tam jeszcze. Więc to w sumie wszystko jedno chyba ;) A przynajmniej macie ciepło, czego zazdroszczę okrutnie! :)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s