Mortadela Story, czyli do trzech razy sztuka

Podejście pierwsze

Do przedszkola chodziłam w latach osiemdziesiątych. Menu nie było zbyt zróżnicowane, ale siostry (przedszkole było prowadzone przez siostry zakonne) robiły co mogły, a ja byłam zachwycona wszystkim co mi podawano (to ja byłam tym dzieciakiem, który zjada wątróbki wszystkich dzieci ze stolika, a innym razem wsuwa 12 pierogów łyżką, choć to inna historia).

Któregoś razu z ust rodziców padło sakramentalne pytanie: “Jak było w przedszkolu?”, na co równie sakramentalnie odpowiedziałam, że “dobrze”. Po tym stałym elemencie gry przychodził czas na pytania pomocnicze, w stylu: “A co było na śniadanie?” No i tu już mogłam się rozwinąć, więc opowiadałam ze szczegółami, a któregoś dnia z wypiekami na twarzy i świecącym okiem powiedziałam: “Szyneczka!” Rodzice byli co najmniej zdziwieni, skąd na Boga siostry wytrzasnęły szyneczkę i zafrapowało ich to tak bardzo, że postanowili spytać u źródła. Dochodzenie wykazało, że ja, kilkuletnia wtedy dziewczynka z rocznika ’83 po prostu nie bardzo wiem, co to szyneczka oraz, co najważniejsze, że zupełnie mi to nie przeszkadza!

Tajemniczą wędliną była mortadela, której ani wcześniej ani długo później nie miałam okazji jeść. Kojarzyła mi się po prostu z większą parówą pośledniej jakości i dziecięcy zachwyt ustąpił miejsca grzecznemu dystansowi.

Podejście drugie

Kolejne spotkanie utwierdziło mnie w przekonaniu, że ja i mortadela nie polubimy się za bardzo. Było to już na przełomie podstawówki i liceum, kiedy z grupą przyjaciół popłynęliśmy w rejs na pokładzie STS Pogoria. Trasa wiodła z Cherbourga we Francji przez kanał La Manche, Morze Północne i Cieśniny Duńskie do Gdyni, a rejs był dla mnie wtedy absolutnym spełnieniem marzeń, ale też totalnie dziewiczym spotkaniem z żaglami – wcześniej nie miałam do czynienia nawet z omegą, czy choćby kajakiem. Nie przeszkodziło mi to jednak poczuć się po dwóch tygodniach jak wilk morski i na kilka lat połknęłam żeglarskiego bakcyla.

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że głównym źródłem białka zwierzęcego była podczas rejsu właśnie mortadela. Formowana w prostokątne bloki ergonomicznie wypełniała luki chłodni i była serwowana na 1001 sposobów. Oprócz, jak się okazało, klasyka pod postacią grubego plastra mortadeli w panierce i podstawowego przeznaczenia, czyli jako plastry wędliny na kanapce wzbijaliśmy się na wyżyny gastronomii przyrządzając takie frykasy jak kotlety mielone z mortadeli (czyli mortadela ponownie mielona i formowana w kotlety z dodatkiem cebulki, jajka i chleba tostowego, który występował w roli bułki) czy wykwintna sałatka z mortadeli, cebuli i fasoli serwowana akurat na Morzu Północnym, gdzie załoga świeżo upieczonych licealistów osiągała właśnie szczyt, albo raczej dno choroby morskiej. Nietrudno się domyślić, że po dwóch tygodniach mortadeli mieliśmy po kokardy i wtedy przyszła okazja do zemsty na Bogu ducha winnych blokach mięsa.

Jest taki przepis, że w odległości 10 km od linii brzegowej można wyrzucać za burtę takie śmieci, które nie zagrożą światu. Wtedy ktoś rzucił hasło, że wywalamy te resztki zapasów mortadeli, które zalegały gdzieś w kątach chłodni. Wyobraźcie sobie bandę ogorzałych od wiatru małolatów, którzy z namaszczeniem topią znienawidzone bloki w otchłani Bałtyku. Tę dziwną satysfakcję dryfującą niebezpiecznie w okolice emocji z “Władcy Much” Goldinga pamiętam do dziś, a mortadeli nie tknęłam przez kolejne kilkanaście lat.

Podejście trzecie, ostateczne

Gdy w kwietniu 2011 roku nasza podróż przez Ameryki zawiodła nas do Sao Paulo pojawiła się okazja, żeby sprawdzić, o co tak naprawdę chodziło z moją niechęcią do mortadeli.

Do wizyty w tym mieście przygotowałam się tak, jak każdy kto choć trochę interesuje się kulinariami – obejrzałam trzy razy odcinek “No Reservations”, w którym Anthony Bourdain lata helikopterem-taksówką między kolejnymi, wartymi sprawdzenia adresami w Sao Paulo. Odwiedza między innymi Mercado Municipal, gdzie jako zdeklarowany miłośnik wieprzowiny pochłania kanapkę z mortadelą.

Czy oparłam się pokusie, żeby odwiedzić polecane przez niego miejsce? Oczywiście, że nie. Czy moja niechęć do parówkowatych wyrobów masarskich wytrzymała próbę sławy elokwentego pana z telewizji? Oczywiście, że nie! I dobrze! Bo kanapka okazała się warta grzechu.

Sanduiche de Mortadela to po prostu kanapka z mortadelą – pochwała prostoty. W białą bułkę ładuje się ćwierć kilo cieniutkich, podsmażonych plasterków włoskiej mortadeli. Tyle. Można dodać do tego żółty ser, co oczywiście zrobiliśmy, bo jak szaleć, to szaleć. Resztki rozsądku kazały nam podzielić się jedną kanapką na pół, co i Wam polecam.

Mortadela pojawiła się w Brazylii wraz z falą włoskiej Emigracji. W poprzednim poście pisałam już, że to właśnie tam żyje najwięcej Włochów poza samym Półwyspem Apenińskim. Podobno każdy Włoch przypływający przez Atlantyk po nowe życie do nieznanego kraju po zejściu na ląd miał dostawać w rękę właśnie kanapkę z mortadelą.

Ta prawdziwa włoska wędlina, podawana w formie cieniusieńkich plastrów lub w pokrojona w kostkę jako przekąska różni się w smaku od tej, którą pamiętam z dzieciństwa. Jest delikatna, pieczołowicie rozdrobniona, gładka, aromatyczna, ale nie dominująca. Więcej o samej mortadeli możecie przeczytać tu: KLIK lub tu: KLIK, a ja mogę tylko zaświadczyć, że jest ona traktowana w Sao Paulo bardzo serio, na co dowodem niech będzie poniższe zdjęcie.

Natomiast ta słynna paulistańska kanapka narodziła się, jak wiele tego typu dań, z przypadku – pewnego razu do Bar do Mane w Mercado Municipal przyszedł klient i zamówił kanapkę z mortadelą. Gdy zobaczył, co mu zaserwowano żachnął się i zażądał, by dołożyć więcej mięsa. Nałożono więc tyle, ile mogła pomieścić bułka, co ucieszyło klienta. Następnego dnia wrócił i zamówił “to co wczoraj”, a inni klienci zamówili “to co ten pan” i w ten sposób kanapka na stałe zagościła w menu.

Advertisements

4 myśli na temat “Mortadela Story, czyli do trzech razy sztuka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s