Jesienne placuszki na słotę.

Wybrałam się dziś w końcu na Targ. Pogoda była (i jest…) krótko mówiac obrzydliwa. Sprzedawcy jednak się nie poddali i dzielnie czekali na klientów przy straganach pełnych jesiennych plonów, zziębniętych i mokrych od siąpiącego wciąż deszczu. Wybrałam się tam  głównie z myślą o Kaszarzu, od którego chciałam wreszcie kupić razowe mąki, w tym żytnią na zakwas.

Nie bardzo wiem dlaczego był tak zdziwiony, gdy z ciekawości zapytałam go skąd ma mąki, które mi sprzedaje. Może po prostu niewiele osób to obchodzi? Ja, czytając książkę Petriniego postanowiłam zwracać większą uwagę na pochodzenie kupowanego pożywienia. To wcale nie jest proste. Jednak biorąc pod uwagę mój brak skłonności do fanatyzmu, myślę, że jest to do zrobienia.

O slowfoodowej idei lokalności chciałabym jeszcze napisać, dziś bowiem, w drodze powrotnej dokonałam nie lada odkrycia. Na jednym ze stoisk (słowo „stragan” nie bardzo pasuje mi do lady zaaranżowanej na masce samochodu) zauważyłam „buraki parowane”.

Nie mogłam w to uwierzyć, bo zawsze byłam przekonana, że takie przetworzne i niemal gotowe do spożycia buraki kupić można jedynie w supermarkecie. A tu, wśród innych jesiennych warzyw, w drewnianej skrzynce leżały parowane buraki, mięciutkie, z ześlizgującą się skórką. W niedowierzaniu zapytałam sprzedające małżeństwo (ja, wciągając dłoń z bilonem: to komu zapłacić? oni, unissono i z uśmiechem na twarzach: to bez znaczenia!) czy to na pewno to, co mi się wydaje, po czym kupiłam kilogram (2,50 PLN).

Niosąc te buraczki do domu poczułam jakieś takie kojące ciepło. Czerwone i słodkie.

Wybór obiadu był prosty, bo pewien przepis, a właściwie zdjęcie, chodziło za mną od dawna*. Przed Pańswtem Placki Ziemniaczano-Buraczane (dziś z dodatkiem cukinii). (moje zdjęcie ma się nijak do oryginału tkwiącego w mojej głowie)

 

Placki ziemniaczano-buraczane
Przepis: Znów go właściwie nie ma, bo robiłam z głowy.

kilka ziemniaków (dziś Irga)

1,5 buraka

1 mała cukinia.

Wszystko starte na grubych oczkach.

dużo czarnego pieprzu,

odrobina soli

1 jajko

mąka na oko (tyle, żeby smażone placki trzymały fason, czyli nie chowamy mąki do szafki przez cały czas smażenia placków : )

Na rozgrzaną patelnię wykładałam cudnie czerwoną masę, smażąc placki na wolnym ogniu z dwóch stron. Pierwsze placki dawałam Julii, która była ich surowym głodnym sędzią. Pozostałe wkładałam prosto z patelni do żaroodpornego naczynia, które stało sobie w minimalnie nagrzewającym się piekarniku**. Et voila!

Kleks kwaśnej gęstej śmietany na bordowych pikantnych plackach. Czego więcej trzeba na słotę?

 

* Oryginalny przepis i to zdjęcie, które tak zapamiętałam znajdowało się na jednym z polskich blogów kulinarnych. Niestety mimo wpisywania w różne wyszukiwarki wielu kombinacji słów placki, ziemniaki, buraki nie udało mi się go odnaleźć. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie: proszę o informację. Pomysł na placki nie jest mój i chciałabym oddać honory Inspiracji : )
** Jakie są Wasze patetnty na placki chrupiące, ale wysmażone w środku? Ja opanowałam jedynie ten z piekarnikiem, w którym placki jakby dojrzewają (przy okazji pozostają ciepłe i mogą spokojnie czekać na spóźnialskich). Z przyjemnością poczytam o innych sprawdzonych sposobach!

 

Advertisements

3 myśli na temat “Jesienne placuszki na słotę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s