Marchewka się nie opłaca?

Kiedy Jamie Oliver zdobywał w Polsce popularność, w naszych TV pojawił się jeden z jego programów, w którym zacięcie walczył on z gastronomiczną ignorancją wszczepianą dzieciakom w stołówkach brytyjskich szkół. Oglądałam ten program z, za preproszeniem, rozdziawioną buzią, bo nie mogłam uwierzyć, że tak koszmarne, przepraszam, skretynienie jest możliwe w jednej z najbardziej podstawowych kwestii jaką jest wyżywienie najmłodszych.

Wyciągnęłam z tego wiele różnych wniosków, o których jeszcze kiedyś na pewno napiszę, dzisiaj jednak chciałam podzielić się jednym. Pomyślałam wtedy tak: jak to dobrze, że mieszkam w Polsce, gdzie społeczna świadomość jest dużo wyższa, gdzie organiczne warzywa to nie wielkie halo, tylko produkt szeroko i łatwo dostępny, itd. itp.

Niedawno nawet w WO czytałam artykuł Agnieszki Kręglickiej o tym, jak wybierała szkołę dla swojego potomka kierując się między innymi wyżywieniem, jakie szkoła oferuje swoim uczniom. Wydźwięk tego tekstu był bardzo pozytywny. Udało się znaleźć dobrze rokującą szkołę, autorka podała kilka prostych przepisów na odżywcze potrawy i wspomniała o projekcie UM Warszawy, który w ramach akcji „Wiem, co jem” przygotował książkę „Propozycje posiłków dla dzieci w przedszkolach i szkołach”. Książce towarzyszyć mają szkolenia itd, tylko nie wiem na jakim ten projekt jest etapie. W każdym razie pomyślałam sobie : jest super! Nie trzeba u nas Jamiego, żeby działy się takie pozytywne rzeczy. I przez parę dni w to wierzyłam.

Do dziś.

Marchewki

W dzisiejszym dodatku lokalnym (czyli lubelskim) do GW przeczytałam artykuł, który mnie wkurzył (tu drugi, już z wydania głównego). W zasadzie nie sam artykuł, ale kuriozalna sytuacja, która sprowokowała jego powstanie. O co chodzi? Agencja Rynku Rolnego z ramienia Ministerstwa Rolnictwa prowadzi program „Owoce w szkole”. Program miał polegać na tym, aby w szkolnych stołówkach co 2, 3 dni rozdawać dzieciom zdrowe drugie śniadania, czyli pakiecik świeżych owoców i warzyw, plus sok. Brzmi racjonalnie i prosto prawda? Cała akcja miała ruszyć właśnie teraz, ale okazało się, że szkoły nie mają z kim współpracować.

Dostawcy, mimo wstępnego zainteresowania akcją zaczęli się wycofywać, argumentując to niską opłacalnością, czy też totalnym brakiem opłacalności udziału w akcji. Skąd ta niechęć? Otóż według przepisów, mieliby oni dostarczać do szkół owoce i warzywa już umyte, pokrojone w zgrabne słupki i specjalnie opakowane. Jak wiadomo pokrojona chociażby marchewka traci swoje wartości odżywcze bardzo szybko. Dlatego dostawy, aby cała akcja miała sens, musiałyby się obdywać często. Dodatkowo, dostawcy narzekają, że nie mają maszyn pakujących, a takie kosztują kilkaset tysięcy PLN… Jednym słowem, gra nie warta świeczki.

Efekt? Dzieci, które jeśli chodzą do zwykłej normalnej szkoły, wiadomo jakie mają posiłki (choć oczywiście chwalmy Pana, że w ogóle mają ciepłe posiłki!) nie dostały zdrowych drugich śniadań (nie wspomniałam, że miały być one darmowe, finansowane z budżetów unijnych i rządowych).

No i wszytsko właściwie jest w normie. Ktoś chciał dobrze, nie udało się, jak zwykle. Tylko, że mnie to szczerze wkurza. Bo dlaczego szkoły nie mogłyby sobie same pokroić tych warzyw? Dlaczego dzieciaki nie miałyby się nauczyć, że owoce trzeba dokładnie myć (i przy okazji – dlaczego trzeba to robic?) Dlaczego trzeba to wszytsko pakować, jakby nie było wystarczającego problemu z opakowaniami? Dlaczego tak prosty zabieg jak podanie maluchowi marchewki, rozbija się o „nierentowność”, „niezgodność z przepisami”, przetargi, umowy, etc?

Wiem, że to są poniekąd pytania retoryczne. Nie mam jeszcze dzieci. Problem więc mnie nie dotyczy właściwie, ale wkurza mnie, że choć od czasów pozytywistów upłynęło wiele czasu. To znów jedyna praca, jaka ma sens to „praca u podstaw”.

Jeśli macie dzieci, które chodzą do szkoły, to dajcie im jutro marchewkę (wystarczy ją obrać, samo sobie pogryzie : ). Albo dajcie dwie. Tą drugą oddadzą koledze i akcja „Owoce w szkole” jednak się odbędzie. Sama z siebie.

Advertisements

6 myśli na temat “Marchewka się nie opłaca?

  1. NIestety tak bylo i bedzie. Dobre checi i pomysly czesto przegrywaja z polityka i finansami. Poza tym jest duzo przepisow, ktore ograniczaja wykonanie takich dzialan :/ najlepiej jakby takie owoce dostaly w swoje rece stolowki szkolne. Moglyby zajac sie przygotowaniem jedzenia i rozdawaniem uczniom tylko… ile szkol ma stolowke na miejscu? no i nie mam pewnosci, ze do wszystkich dzieci to dotrze, a nie tylko do tych co oplacaja posilki i beda akurat w stolowce…
    Jak bylam mala u nas w szkole kazdy placil za herbate na drugie sniadanie. Potem w duzej przerwie do kazdej klasy wchodzily panie z duzym termosem i lała sie z niego herbata albo kawa zbozowa… szkola na wiosce, ale wykonalne bylo – tylko chyba wszystko szkola sama zalatwilai tu jej bylo latwiej…

    Lubię to

  2. Mój synek w angielskim przedszkolu dostaje właśnie healthy snack – owoce i warzywa, na koszt państwa.
    Jeśli chodzi o kampanię Olivera, do programu wybrano szkoły w najbardziej deprived areas: tam, gdzie mieszka dużo marginesu społecznego, ludzi niezamożnych i niewykształconych, zapewniam, że ten kretynizm nie jest powszechny i bardzo wiele zaley od lokalnych władz. U mnie w Hampshire w szkołach już dawno podaje się zdrowe posiłki, zakazano sprzedaży słodyczy i nie ma automatów (vending machines).

    Lubię to

  3. Ech… Miałam nadzieję, że ta akcja się uda – założenia były dobre, a wyszło „jak zawsze” :/ Wygląda na to, że cała nadzieja w rodzicach, którzy sami zadbają o „drugie śniadanie”. Po cichu liczę na to, że jednak jakieś pozytywne efekty tej nieudanej akcji będą: media o tym piszą, więc może rodzice chwilę pomyślą i zamiast dawać drobne na słodycze wrzucą dziecku owoce do plecaka.

    Lubię to

  4. Dziękuję Wam za zainteresowanie tematem. Wydaje mi się, że wszyscy zgadzamy się co do jednego, że sprawa jest dosć prosta, że najlepiej organizować ją w małej skali (Anna Maria – dzięki za pokazanie, że gdzieś się udaje i działa i że można :) jeśli nie lokalnej (no bo już widać, że w krajowej się nie da) to w indywidualnej, czyli wkladaj dzieciakowi jakbłko i mów mu po co :)
    Pozdrawiam!

    Lubię to

  5. No niestety, mnie tez bola tego typu problemy, moj syn nie ma jeszcze roku, al jak patrze na angielskie przedszkole obok naszego domu i dostawy jedzenia z tesco do niego – skrzynkami wnoszone lukrowane muffiny o ciarki mi po skórze przechodza….
    i racja, chyba najlepiej mozna zrobic zachęcając rodzicow do dbania o diete dzieci, bo na rzad nie ma co liczyc

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s